• Wpisów:13
  • Średnio co: 209 dni
  • Ostatni wpis:7 lata temu, 16:21
  • Licznik odwiedzin:1 636 / 2928 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Bardzo nie chciałam tego robić, bo wiedziałam że złamię chłopakowi serce, ale musiałam być fair wobec niego. M. stwierdził, że wiedział że tak się to skończy, że on nie ma szczęścia.
A ja byłam mimo wszystko szczęśliwa z powrotu do mojego chłopaka.2 tygodnie sierpnia i 2 tygodnie września to było coś wspaniałego. Ciągle śmialiśmy się że każde spotkanie to kolejna randka, tak jakbyśmy się dopiero co poznali. W połowie września miałam malowanie w pokoju i troszkę się to przeciągnęło w czasie, chyba właśnie wtedy po raz kolejny zaczęliśmy się od siebie oddalać, spowodowane to było brakiem prywatności bo jak już przyszedł do mnie to siedzieliśmy w pokoju z siotrą, a nawet rodzicami. Z M. spotkałam się w szkole w połowie września, wyglądało to tak jakbyśmy nie mogli na siebie patrzeć, albo się nie odzywaliśmy do siebie albo byliśmy dość nie mili wobec siebie.Remont się kończył, jednak to nie przyniosło żadnych zmian, wpadłam w mega doła. Nie miałam pracy, chłopak niby był ale nie było co liczyć na choćby jakiś komplement czy ciepłe słowo od czasu do czasu. W pewnym momencie gdy przychodził do mnie po pracy albo gdy ode mnie wychodził i przytulał mnie na do widzenia poczułam że tego nie chce, że aż mnie od niego odpycha, choć niewiem dlaczego tak się stało. W tym samym okresie gdy zaczęłam to zauważać, M. zaczął pisać do mnie na gg. I tak wróciły długie rozmowy jak w czasie wakacji. W szkole też rozmawialiśmy normalnie, choć rzadko. Bomba wybuchła na początku listopada. Chłopak miał mi po wypłacie oddać pieniądze które pożyczył w październiku, jednak oddał mi tylko małą część,okazało się że resztę musiał oddać mamie bo coś tam za niego zapłaciła. Gdy spytałam czemu mi nie powiedział, że ma problemy odpowiedział że po co, żę nic sie nie dzieje. Jednak poczułam się oszukana, nawet nie chodzi o pieniądze bo wiem że mi odda jak będzie miał, ale o sam fakt że udawał że wszystko jest, a dobrze wiedział że nie jest ok. To był chyba gwóźdź do trumny...
 

 
Parę dni po tym wydarzeniu zgodziłam się z nim zobaczyć i pogadać, jak kolega z koleżanką, tak zaznaczał. Siedliśmy na ławce i zaczął mi opowiadać, że spotkał się z dawno nie widzianą koleżanką. Nie widział się z nią 3,5 roku i nagle ona odezwała sie do niego. Bardzo mnie to zdziwiło. Kurcze, byłam wściekła, na niego, na nią. Ooj tak na nią przede wszystkim. Dużo wcześniej za nim się poznaliśmy z raz czy dwa całowali się i tak bałam się że znowu chce go poderwać... Byłam zazdrosna...Ciężko było mi udawać, że mnie to nic nie rusza, jednak jakoś przetrwałam ten wieczór.
Parę dni później spotkałam się z M. Od rana miałam straszny humor przez tate i brata. Biedny chłopak myślał, że zrobił coś nie tak, że coś powiedział nie odpowiedniego, a ja nie umiałam mu wytłumczyć czemu jest tak źle ze mną. Wieczorem przez gg od słowa do słowa umówiłam się na mały spacer z moim byłym. Pogadaliśmy troszkę o bzdetach, spotkaliśmy się z dwoma kolegami i poszliśmy na ogródek piwny. Koło 24 koledzy postanowili coś załatwić i zostawić nas samych. Poszliśmy nad park i tam na ławeczce pod drzewem po rozmowie, odbjął mnie i pocałował. Poczułam się tak cudownie, tak wspaniale, taka szczęśliwa, że to się dzieje, że jestem w odpowiednim miejscu i z odpowiednią osobą. Uświadomiłam sobie jak bardzo mi go brakowało...
Postanowiliśmy spotkać się w niedziele na 2giej randce...
 

 
W lipcu minęło 4 lata, ale tego dnia nawet się nie widzieliśmy, ten dzień nie istniał...
Czasem dzwonił, pytał co robię, co u mnie...Czasem chciał się zobaczyć i zmęczona jego prośbami w końcu ulegałam, ale te spotkania i rozmowy nic nie zmieniały, postanowiłam być twarda...
Zgodziłam się spotkać z M. Spędziliśmy miłe popołudnie na rozmowie i żartach.Potem było następne spotkanie i następne. Przyznał, że podobam mu się od dawna. To było miłe, nawet bardzo. Pomagało nie myśleć o NIM.
Siedziałam z M. na ławce, gdy zadzwonił. Nie chciałam odbierać, nie chciałam z nim rozmawiać, nie przy M. Powiedział żebym odebrała, a ja odebrałam choć wiedziałam, że albo będzie chciał się spotkać albo znowu będzie przepraszać. I nie pomyliłam się, pytał co robię i czy możemy się zobaczyć, gdy powiedziałam po raz 10siąty, że nie zaczęła się kłótnia. Wykrzyczał, że chciał mi coś dać, a ja na to że mógł mi robić prezenty jak byliśmy razem, a on dalej swoje, więc by się odczepił powiedziałam, żeby wysłał mi ten prezent pocztą. To go wkurzyło na dobre, wykrzyczał wręcz: pierścionek mam Ci wysłać pocztą??
 

 
Nawet niewiem jak i kiedy zaczęło się wszystko psuć na dobre w tym roku. Początek był ok, potem w lutym musiał sprzedać samochód i może to go gdzieś w głębi ciągle męczyło.Niewiem...
Tak się składa, że obydwoje mamy urodziny w marcu, tydzień po sobie, tegoroczne były do kitu, pomiędzy nimi zmarła jego babcia. To były ciężkie chwile, dla niego, i dla mnie. Chciałam go jakoś pocieszyć, lecz żadne słowa nie wydawały się odpowiednie. Byłam przy nim i jakoś przetrwaliśmy ten czas.
Jako urodzona optymistka myślałam, że już nie może być gorzej. Jednak strasznie się myliłam. Na początku czerwca miałam z mamą i rodzeństwem jechać po południu do babci na wieś pomóc trochę, bo akurat były sianokosy. Jeszcze przed wyjazdem podskoczyłam na moment do centrum, aby zapłacić rachunek. W drodze na przystanek zadzwoniła mama i kazała mi szybko wracać. Jej głos był bardzo poważny i łamiący się. Podświadomie czułam, że coś się stało, jednak całą drogę do domu powtarzałam w myślach, że napewno mi się zdaje, i że wszystko jest ok. Jednak okazało się inaczej. Gdy weszłam do domu i zobaczyłam zapłakaną twarz mamy, a także siostry i brata wiedziałam, że stało się najgorsze. Mama powiedziała, że nieżyje wujek. Gorący czerwcowy dzień, a mnie aż zrobiło się zimno. Jak przez mgłę pamiętam drogę do babci i całe popołudnie. Jeszcze jak jechaliśmy nie było wiadomo co się dokładnie stało, byłyśmy pewne z mamą, że to był jakiś wypadek może potrącenie. Poźniej u babci okazało się, że to nie było nic o czym myślałyśmy, wujek popełnił samobójstwo, do dziś nie mogę uwierzyć w to co się stało. Nie zostawił listu i nikt z rodziny niewie dlaczego to zrobił. Dopiero wtedy się dowiedziałam, że wujek miał depresję i że się leczył,było lepiej, miał plany na przyszłość, a jednak to zrobił... Dzień przed pogrzebem jechaliśmy już do babci i miałam dosłownie chwilkę żeby z nim porozmawiać przed jego pracą. Powiedziałam mu co się stało i ta wiadomość też nim wstrząsnęła bo poznał wujka. Liczyłam, że mnie chociaż przytuli i pocieszy, jednak grubo się przeliczyłam. Postaliśmy chwilę przed sklepem w którym pracował i przyjechali po mnie rodzice.
Nie rozmawialiśmy więcej o tym co się stało i powoli zaczynaliśmy się widywać jak przed paroma dniami.
W czerwcu miałam przedostatni zjazd na uczelni. W niedzielę gdy czekałam na zajęcia rozmawiałam z kolegą ode mnie z grupy, posiedzieliśmy troszke na dworze, ponarzekaliśmy na egzaminy które nas jeszcze czekają, wtedy M. wziął ode mnie numer gg bo jak powiedział chce napisać, żeby dowiedzieć się o tematy referatów na zaliczenie.( nie mieliśmy swoich numerów tel). Początek lipca to ostatni zjazd, ostatni egzamin i przerwa wakacyjna, to również ochłodzenie się relacji pomiędzy mną a moim chłopakiem. Chociaż tak naprawdę niewiem od czego to się zaczęło... Początek lipca to również czas, w którym kolega M.zaczął do mnie pisać na gg, i tak raz na jakiś czas gadaliśmy sobie zwyczajnie po koleżeńsku na gg, wiedział że mam chłopaka. Natomiast mój chłopak chyba zapomniał, że ma dziewczyne. Czułam się przy nim jakbym była zwykłą koleżanką. Coraz rzadziej chodziłiśmy trzymając się za rękę, jeszcze rzadziej mówił kocham, o jakichkolwiek komplementach nie wspomnę. I w końcu nastąpił ten tydzień w którym ze mną po raz kolejny zerwał, ale po kolei. Przyjechała do nas na parę dni kuzynka, bardziej do mojej siostry bo są w podobnym wieku.Akurat jak przyjechała pogoda strasznie się popsuła, było zimno, deszcz i ogólnie nie przyjemnie. On akurat zaczął urlop, przyjechał do mnie na osiedle i pisze żebym koniecznie wyszła przed blok. Wyszłam i zapraszam go do siebie bo pogoda okropna, zimno, nie da się nawet iść na żaden spacer. Odmówił. Wkurzona spytałam ostatni raz czy idzie do mnie, jak nie chce to idę sama, bo nie zamierzam stać na tym zimnie. Odmówił, bo jak stwierdził mam gościa i on nie będzie przeszkadzał (dziewczyny siedziały w innym pokoju, ale nawet ten fakt go nie przekonał).Wróciłam do domu smutna. Kolejny dzień wyglądał tak samo, wejść do mnie nie chciał, ja nie chciałam marznąć na dworze, on do mnie z pretensjami,że nie chcę się z nim widzieć. W środę ze mną zerwał. Postanowiłam być twarda, po rozmowach z koleżanką i kuzynką doszłam do wniosku, że mają rację i że nie mogę pozwalać na takie traktowanie wiecznie. I jak zerwał to tak będzie widać lepiej, i może najwyższy czas pogodzić się z tym że nie będziemy razem...
 

 
We wrześniu 2008 już nie było dobrze...

01.09.2008 godz.17.37
"Zrozum ze miedzy nami juz nic nie bedzie i nie moze...Dlatego nie spotykajmy sie przez jakis czas dopoki sie troche nie uspokoji wszystko zalezy od Ciebie.Jesli chcesz byc moja dobra kolezanka to nia bedziesz. Jesli nie chcesz zapomnijmy ze sie wogole poznalismy "

01.09.2008 godz.17.44
"Nie ulozy nie chce zeby sie ulozylo zapominamy o wszystkim bylo minelo jezeli masz jakies nadzieje to prosze...nie spotykajmy sie"

Pewnie wtedy ze mną zerwał, nie pamiętam bo to szmat czasu temu było...
Może te dwa sms-y wam przybliżą sytuacje jakie bywały,pewnie nawet piszecie, że byłam głupia pisząc do niego, przebaczając... Może byłam głupia,a może tylko bardzo zakochana i zaślepiona...
 

 
Ostatnio robiłam porządek w telefonie, w skrzynce odbiorczej pełno sms-ów od Niego. Nie które dość stare, mimo wszystko miło było sobie przypomnieć, że kiedyś było dobrze i byliśmy szczęśliwi.
Jak na przykład ten:

29.06.2008
" jestes dla mnie najwazniejsza.chce cale zycie spedzic u Twego boku <przytul>"

04.07.2008
"Kochana moja zyc bez Ciebie nie moge<uscisk>"

09.07.2008
"Dobrej nocki Kochanie spij slodko i snij o mnie Kocham Cie baaardzo pamietaj o tym zawsze <przytul>

11.07.2008
"Nie chce zebys cierpiala przeze mnie...Darze Cie Najwieksza Miloscia Swiata...Mam najwiekszy szacunek dla Twojej Osoby...Czym ja sobie zasluzylem na Twoja Milosc..."
 

 
W ciągu 3 lat zrywał ze mna kilkakrotnie,prawie się nie kłóciiśmy więc te niby zerwania były trochę jak porządna kłótnia. Prawie zawsze mówił wtedy, że z nim nie będę szczęśliwa, że zasługuje na kogoś lepszego, że to z kimś innym znajdę szczęście, że nie pasujemy do siebie, że nic z tego nie wyjdzie, i tym podobne bzdury.
Moje łzy w takich sytuacjach nic nie dawały, mnie pękało serce, on trzymał się tego że tak będzie lepiej, a ja głupia starałam się dalej, żeby jakoś wszystko naprawić.
Tylko w tym roku zostawił mnie 2 razy, 3ciego nie było bo to ja mu powiedziałam że lepiej będzie jak się rozstaniemy...
Znajomi uważali nas za udaną pare, nie kłóciliśmy się, zawsze zgodnie, jednak coś było nie tak. Niewiem czy to ze mną, czy może z nim. Raz było lepiej, potem zerwanie, pogodzenie się i znowu super wspaniale do następnego razu.
Teraz wiem, że nie powinnam tyle razy nalegać na rozmowe po której następowało pogodzenie się. Mogłam to zrobić raz, ale nie tyle razy ile zrobiłam. Czasem myślę sobie, że chyba tyle razy mnie rzucał bo wiedział, że zrobie wiele żeby wrócił, a może chciał sprawdzić czy nadal mi na nim zależy?
 

 
Dzięki przyjaciółce wzięłam się jakoś w garść. Ciężko było kogoś sensownego znaleźć na zastępstwo parę dni przed studniówką, dlatego nie chce pamiętać z kim byłam.
W tym dniu mimo, że pięknie uczesana i umalowana, czułam się okropnie. Było mi poprostu cholernie smutno, miał być przy mnie, mieliśmy razem spędzić cudowną noc. Mój partner studniówkowy zawiódł okropnie i gdyby nie przyjaciel z równoległej klasy pozostałoby mi się cieszyć, że chociaż poloneza zatańczyłam. Tyle na temat tamtego dnia.
Wiele dni później pojechałam z rodzicami na roczek mojego kuzyna. Zadzwonił. Spotkaliśmy się po moim powrocie. Rozmowa, płacz, wybaczenie. Ten cały koszmar trwał prawie miesiąc.
Wtedy jeszcze nie podejrzewałam, że taka sytuacja może się powtórzyć...
 

 
Pierwsze pół roku było wspaniałe. Staliśmy się nierozłączni, a miłość kwitła.
Na tydzień przed moją studniówką umówiliśmy się na spacer. To tam w mroźny, lutowy wieczór powiedział mi, że to koniec. Że nie możemy być razem. Że to nie ma sensu. Łzy pociekły po moich policzkach, jakby ktoś odkręcił kurek z wodą. W tej jednej sekundzie świat mi się zawalił. Nie miałam po co żyć, a on niezdarnie próbował pocieszać: nie płacz, znajdziesz lepszego ode mnie. Słowa które powodują jeszcze większy smutek. Moje prośby by tego nie robił nic nie dawały, żeby to jeszcze przemyślał, nie podejmował decyzji pochopnie, również nic. Odprowadził mnie na przystanek, kazał jechać do domu, odwróciłam się i poszłam do przyjaciółki. To tam zanosiłam się szlochem przez dobrą godzinę, aż w końcu kolega odwiózł mnie do domu, po drodze stwierdzając że napewno znalazł sobie inną.
Mama od razu zauważyła, że coś jest nie tak. Tamtego wieczoru po raz pierwszy i ostatni rozmawiałam z nią o nim, i wogóle o jakimkolwiek chłopaku, związku, miłości. Na moje słowa, że mnie zostawił powiedziała tylko: "znajdziesz sobie innego".
 

 
Później już wszystko szybko się potoczyło. W piątek kolejna randka, w poniedziałek następna. We wtorek wybraliśmy się razem na basen, to tam gdy leżeliśmy na ręcznikach objął mnie i wyszeptał do ucha czy będziemy razem. Szok mieszał się z radością i jedyne na co było mnie stać to kiwnięcie głową na tak.

Tamte wakacje były chyba najpiękniejsze. Beztroskie i radosne. Szczęśliwe jak tylko szczęśliwy może być zakochany człowiek.

Ja miałam 18, on 17 lat...
 

 
Pierwsza randka

13 lipca 2006

Umówiliśmy się w parku. O 19stej. Dostrzegłam go już z daleka, czekał na mnie. Po dość drętwym początku, postanowiliśmy się przejść. Był spacer, a potem siedzenie na ławce i gadanie o wszystkim i niczym. Zrobiło się dość późno i ciemno, razem obserwowaliśmy niebo pełne gwiazd. Powiedział, że mnie odprowadzi na osiedle, a ja użyłam kobiecej sztuczki i powiedziałam, że mi zimno. Objął mnie. W moje okolice dotarliśmy przed 23, akurat jechał ostatni autobus w jego stronę. Na pożegnanie cmoknął mnie w usta. Później twierdził, że tego nie planował, że chciał w policzek, ale wyszło jak wyszło i uśmiech...
 

 
Wszystko zaczęło się od niego. To on do mnie napisał pierwszy na gg. Parę razy nawet śmialiśmy się z tego, że poznaliśmy się przez gg. Cóż takie czasy, pewnie nie jedna para poznała się przez neta.
Doskonale pamiętam ten dzień, gorące, lipcowe, sobotnie popołudnie. 8 lipca 2006. Powysyłaliśmy sobie po kilka buziek, w końcu znudzona napisałam mu, że to nudne i że idę, pytał czy jeszcze będę.
Niedzielę spędziłam u babci, wieczorem gdy wchodziłam na gadu chyba po cichu liczyłam, że będzie. Nie było go. Zostawił tylko wiadomość, że tęskni. Dość dziwne jak na kilka minut bezsensownej rozmowy.

W poniedziałek umówiliśmy się, że spotkamy się we wtorek na basenie. Niewiem jak chciałam go poznać, bo nie wysłał mi swojego zdjęcia, a ja głupia mu wysłałam. Dzwoniłam, ale miał wyłączony telefon...
 

 
Nastąpił czas zmian. Poważnych zmian. Mam nadzieję, że wszystko się ułoży, że będzie dobrze.

Ten rok nie należy do udanych. Po kilku ostatnich, dość burzliwych miesiącach, rozstałam się z A. Ku ścisłości po 4 latach i 3 miesiącach. Muszę to z siebie wyrzucić, te wszystkie emocje, przemyślenia... To będzie dobre miejsce, czy mogę liczyć na Wasze wsparcie?